umówilibyśmy się o jedenastej na stacji kolejowej. mimo, że wstałbyś za dwadzieścia, przyszedłbyś trochę wcześniej, bo przecież facetowi nie wypada się spóźniać. ja zapewne wstałabym po dziewiątej, żeby jeszcze wziąć prysznic, przygotować się i przewalić wszystkie swoje ciuchy w poszukiwaniu ulubionego swetra. przecież dzisiaj byłoby zimniej ale słonecznie.
wyszłabym równo o jedenastej, żeby efektownie się spóźnić, ale znając mnie, prawie bym do ciebie biegła. przed zakrętem zwolniłabym, poprawiłabym włosy i wyszła zza rogu, prosto po schodach, kompletnie wyluzowana, spojrzałabym w górę, zobaczyłabym ciebie, stojącego klasycznie ze skrzyżowanymi nogami i opierającego się o ścianę. ręce trzymałbyś w kieszeni. w lewej dotykałbyś komórki na wypadek, gdybym chciała zadzwonić, że się spóźnię. miałbyś na sobie skórzaną kurtkę i szary szalik a pod spodem najzwyklejszy t-shirt świata. poprosiłabym cię, żebyś wziął aparat, więc byś przepasał się nim i w takiej pozycji czekał. nagle zobaczyłbyś mnie, złapał mój wzrok, ja bym spojrzała gdzie indziej, ale prawdopodobnie nie mogłabym się powstrzymać od uśmiechu. może zagryzałabym policzki, żeby tylko nie wybuchnąć ze śmiechu. tak więc prędzej czy później, ale mniej więcej siedem po jedenastej nasze głosy by się spotkały. prawdopodobnie byś mnie przytulił i powiedział coś śmiesznego. przeprosiłabym za spóźnienie i słodko bym się uśmiechnęła.
spytałabym o której mamy pociąg, ty byś odrzekł, że dziesięć po. spytałabym, czy masz bilet, a sama bym kupiła go w pociągu. wsiedlibyśmy do niego, usiedli na przeciwko siebie i głupio byśmy się uśmiechali. spytałabym czy pamięta wczorajszy wieczór, odrzekłbyś, że tak i owszem. potem z grzeczności zapytałbyś jak się mam i czy podoba mi się tutaj. zaczęłabym mówić o różnicach, o tym co mi się tutaj podoba. może lekko bym dała ci do zrozumienia, że wszystko co robiłabym w tej chwili było dla ciebie. powiedziałbyś, że ładnie wyglądam. powiedziałabym dziękuję. trochę byśmy pomilczeli. przecież to nic złego. domyślam się, że po pewnym czasie zaczęłyby mnie boleć policzki i szyja, od stałego uśmiechu i chęci nie garbienia się. pokazywałbyś mi przez okno różne miejsca i mówiłbyś coś w rodzaju: o a tu, jak byłem mały przychodziłem z...
interesowałoby mnie to, chciałabym wiedzieć o tobie wszystko. spytałbyś mnie jakie jest moje ulubione miejsce na ziemi. bez fałszu bym powiedziała, że te, w którym się znajduję. spytałbyś najprawdopodobniej dlaczego. a ja, zamiast powiedzieć prawdę, dlatego, że ty tu jesteś, ładnie bym się uśmiechnęła speszona i powiedziała, że nie wiem, ale coś w tym miejscu takiego jest, że chciałoby się wracać.
tak naprawdę w tym pociągu nie mogłabym ci powiedzieć, że do ciebie bym chciała wracać, nie do jakiegoś miejsca i, że jeżeli przypadkiem jakieś miejsce kocham to pewnie tylko dlatego, że ty je lubisz lub, że tam bywasz. po pewnym czasie, około jedenastej czterdzieści wysiedlibyśmy z pociągu na zatłoczoną stację i poszlibyśmy w górę po ruchomych schodach do centrum. przechadzalibyśmy się jak para turystów z aparatami na szyjach i rozprawiali o tutejszych zabytkach. chłonęłabym twoje słowa jak gąbka, prawdopodobnie wszystko bym zapamiętała. minęlibyśmy dużo sklepów, do których chciałabym wejść, ale wiedziałabym, że nie powinnam, bo przecież jestem tu z tobą. szukalibyśmy pewnie sklepu fotograficznego, żeby kupić negatywy. minęlibyśmy całą główną ulicę, skręcalibyśmy w alejki, błądzili, pytali i w końcu znaleźlibyśmy ten sklep. kupiłabym trójpak negatywów i zadowolona usiadłabym na schodach, żeby nałożyć błonę na szpulkę. zafascynowałbyś się moim dość pospolitym aparatem, spytałbyś się, czy to nim właśnie robię zdjęcia, spytałbyś czy nie myślałam o aparacie cyfrowym, takim jak jego. odpowiedziałabym ci, że bardzo bym chciała taki mieć, ale wybrałam jednak wycieczkę w te miejsce. doceniłbyś to i możliwe, że byś się uśmiechnął. powiedziałbyś, że cieszysz się z mojego wyboru. ruszylibyśmy na podbój miast, mijając tłumy, potykając się o twoich znajomych. z dumą przedstawiałbyś mnie im i mówił, że przyjechałam tu pozwiedzać. cieszyłoby mnie to, nawet bardzo. pewnie po jakimś czasie pokazałbyś mi mnóstwo galerii sztuki, którą oboje byśmy lubili. jedną z nich totalnie byś zrugał, ja za to mówiłabym, żebyś się uspokoi i, że nie była aż tak tragiczna. pokazałbyś mi miejsca z naszego ulubionego filmu, byłbyś zdumiony jak bardzo bym się cieszyła. zaprowadziłbyś mnie we wszystkie zakamarki, pokazywał wszystko palcem i ciągle byś powtarzał, że słaby z ciebie przewodnik. śmiałabym się i szturchając cię w ramię, mówiła, że najlepszy jakiego miałam. prawdopodobnie te szturchnięcia były by jednym ze sposobów naszego cichego zainteresowania sobą nawzajem. zaczęłoby się robić trochę zimniej, więc dałbyś mi swój szalik i powiedział, że bardzo go lubisz. zawiązałbyś mi go na szyi i patrzyłbyś mi głęboko w oczy. dopiero wtedy zauważyłabym, że są niebieskie jak wody oceanu i zapamiętałabym ten kolor, możliwe, że nazwałabym go twoim imieniem. tak, to było by coś wspaniałego...
odważyłabym się i powiedziałabym ci, że chciałabym tu zostać na zawsze. powiedziałbyś, że byłoby wspaniale i wtedy mógłby mi pokazać wszystkie miejsca i zabierać ze sobą gdziekolwiek pojedzie. spytałabym cię co trzeba zrobić, żeby otworzyć tutaj galerię sztuki, powiedziałbyś mi, że po pierwsze trzeba by było być dobrym artystą z pomysłami. pochyliłabym głowę, a ty byś prawie ukucnął, że pokazać mi spojrzeniem i cwanym uśmieszkiem, że mówisz o mnie. powiedziałabym, że to dobry początek. zgłodniał byś i zaproponował mi lunch. zaszlibyśmy do twojej ulubionej kawiarenki, kupiłbyś kanapkę z jajkiem i szynką i colę. zamówiłabym to samo, ale pewnie bym nie dała rady tego zjeść. śmiałbyś się ze mnie, że nigdy nie jem i poleciłbyś mi, żebym schowała kanapkę do torby, może zgłodniałabym później. tak bym też zrobiła. poszlibyśmy do parku, żeby poleżeć na trawie. opowiadałbyś mi różne historie z twojego dzieciństwa, opowiadałbyś mi o twoich przyjaciołach, których chciałby mi przedstawić. mniej więcej przez trzy czwarte czasu czułabym się zażenowana ale szczęśliwa jak nigdy dotąd. byłoby mi strasznie gorąco w twoim szaliku, ale nie zdjęłabym go, przecież w końcu nosiłam coś twojego. w pewnym momencie, gdy przedzieralibyśmy się przez tłum, złapałbyś mnie za rękę i poprowadził w wąskie przejście między kamienicami. powiedziałbyś, że nie lubisz tłumów, uśmiechnęłabym się, bo to by była kolejna rzecz, która łączyła nas w jedną całość. po jakimś czasie znowu byś zgłodniał, a ja bym spytała, czy chce moją kanapkę. podzieliłabym się nią, w sumie to oddałabym ci ją całą, bo ciągle nie byłabym głodna. w twojej obecności mój żołądek się zaciskał i oprócz motyli tam by nic nie było. zaczęłoby się robić trochę późno, ale nie przejąłbyś się tym. zaczęto by zamykać sklepy, ale ty uparcie byś ciągnął mnie w dół strasznie długiej ulicy. zaprowadziłbyś mnie do sklepu z płytami winylowymi, a tam zacząłby się temat muzyki. dowiedziałbyś się, że słyszałam wszystkie twoje ulubione zespoły. wygoniliby nas ze sklepu, potem skręcilibyśmy do innego parku, który znajdowałby się u podnóża góry, pokazałbyś mi swoje ulubionej miejsce. obserwowalibyśmy dzieciaki, które próbowałyby przejechać rowerami przez fontanny. śmielibyśmy się, gdyby jakiś dzieciak się wywalił. obgadywalibyśmy grupę chińczyków z aparatami, którzy zdjęli buty i zaczęli chodzić boso po trawie. zaczęlibyśmy naśladować ich język aż w końcu byśmy prawie umarli ze śmiechu. po kilkunastu minutach to by się pewnie nam znudziło, więc przysunąłbyś się do mnie i niespodziewanie nasze usta by się spotkały. to by było kompletnie spontaniczne i nieplanowane. możliwe, że za bardzo to by nie przypominało pocałunku, ale byłabym bliżej ciebie niż kiedykolwiek. spojrzałbyś mi głęboko w oczy, i wiem, że zapamiętałbyś, że mam zielone oczy i, że jak się dobrze przyjrzeć mają żółte kropki. powiedziałbyś, że mam śmieszne piegi. spytałabym się, czy to dobrze, czy nie, odpowiedziałbyś, że piegi są w porządku. po tak bezsensownej rozmowie zaczęlibyśmy opowiadać sobie durne i obleśne kawały, potem przez przypadek dotknąłbyś mojej dłoni i spytał, czy dalej mi zimno. powiedziałabym, że strasznie tu wieje, uśmiechnąłbyś się i powiedziałbyś coś do siebie.
po pewnym czasie powiedziałbyś, że powinniśmy wrócić, więc powolnym krokiem udaliśmy się przez pół miasta na stację. po drodze zahaczylibyśmy o jeszcze jedną wystawę, żeby kupić na nią bilety. na stacji, spóźnilibyśmy się na pociąg, więc usiedlibyśmy na ziemi, i bawilibyśmy się swoimi palcami. kupiłbyś jakieś krakersy, żelki i colę, żebyśmy mieli czym śmiecić w drodze powrotnej.
nagle nadjechałby pociąg, spytałbyś konduktora, czy to właściwy pociąg. wsiedlibyśmy do zatłoczonego wagonu, gdzie znaleźlibyśmy tylko dwa miejsca tyłem do jazdy. zdjęłabym buty, usiadłabym odwrotnie, oparłabym plecy o następne siedzenie, a ty byś się śmiał z moich skarpetek z myszką miki i spytałbyś czemu tak usiadłam. powiedziałabym, że nie przepadam za jazdą do tyłu bo mam wrażenie, że świat się cofa. zaliczyłbyś to do mojego kolejnego dziwactwa i skwitował uśmiechem. takim specyficznym. spojrzałbyś w sufit, oparłbyś głowę o siedzenie i zacząłbyś się uśmiechać. lubiłabym to, nawet bardzo. następnie wyjąłbyś żelki i zacząłbyś obgryzać im głowy. zjadałabym te bezgłowe i udawała, że się ruszają. przyszedłby konduktor i kazałby mi usiąść normalnie, jak człowiek. wyśmialibyśmy go i wysiedli.
spytałby mnie, czy już chcę wracać do domu... zapytałabym go, która godzina- odpowiedziałbyś, że siódma. spytałabym, czy nie jestem nudna, bo cały dzień ze mną to dość mocny szok. odpowiedziałbyś, że na pewno nie jestem nudniejsza od niego. uznałabym to za komplement. spytałbyś mnie czy wracam jeszcze raz, na co ja odpowiedziałabym, że chętnie zobaczyłabym tutejszy park. przystałbyś na tę propozycję i pokazał prawdziwą dżunglę w samym centrum miasteczka. ganialibyśmy wiewiórki i nie spotkalibyśmy żywej duszy. siadalibyśmy na każdej ławce i czytalibyśmy dedykacje. powiedziałabym, że sama bym chciała mieć taką ławkę. spytałeś mnie, czy nie zechciałabym pójść do ciebie. przystałbym na tą propozycję. zobaczyłabym twój dom i twojego brata, usiadłabym na twoim łóżku, rozpoznała z fotografii twój pokój. zaprowadziłbyś mnie na górę i spytałbyś, czy nie chcę herbaty. jakimś cudem wiedziałbyś ile słodzę i włączyłbyś monty pythona. przez kolejne dwie godziny siedzielibyśmy obok siebie na kanapie i śmialibyśmy się jak para idiotów, w pewnym momencie oparłabym znużoną głowę o twoje ramię. byłabym trochę zawstydzona. myślałabym, że robię źle, ale ty oparłbyś swoją głowę o moją i tak byśmy dalej siedzieli wpatrzeni w telewizor. po raz pierwszy nie byłabym zainteresowana kompletnie filmem, ale tym, że byłabym tu i teraz, że dotykałabym cię tak dyskretnie, że przyjąłbyś z aprobatą moją głowę do siebie. wybiłaby godzina dziewiąta trzydzieści i uznałabym , że już najwyższy czas dać ci spokój, poprosiłabym cię, żebyś mnie odprowadził, bo bym zabłądziła. tak też byś zrobił.
wyszlibyśmy na zewnątrz, na ciemne ulice, śpiewając dziwne piosenki. podśmiewałbyś się ze mnie, z mojego zabawnego akcentu, a ja pewnie nauczyłabym cię czegoś po polsku. minęlibyśmy z daleka twojego kumpla, powiedziałbyś o nim parę sprośnych słów. minęlibyśmy wiadukt. nagle rozpoznałabym gdzie jestem. spytałbyś mnie, czy już wiem, gdzie jesteśmy, powiedziałabym, że i owszem i podziękowałabym ci, za ten dzień. powiedziałbyś, że chciałby jeszcze jeden albo i kilka takich spędzić. miałabym już odejść, kiedy ty złapałbyś mnie za rękę i przytulił mocno do siebie.
wyszeptałbyś mi do ucha, tak cicho, że tylko ja bym mogła to usłyszeć: dobranoc,
i zniknąłbyś w ciemności.
mogłabym uznać ten dzień za najpiękniejszy w swoim życiu.
to mógłby być zero trzeci- zero ósmy- zero siódmy.
Tuesday, 8 January 2008
Subscribe to:
Post Comments (Atom)
3 comments:
no właśnie o takich chwilą mówiłam :)
chwilach*
mogłabym sie wzruszyć czytając ta notke:) i kolejny raz nie wiedziec co mam Ci na to wszystko powiedziec. hmm moze to ze dla takich chwil warto jest żyć? mimo ze czasem chce sie je wyrzucic z pamieci...:*:*:*:
Post a Comment