Sunday, 6 January 2008

dwadzieścia jeden

Senne wieczory, pozalewane strony, skostniałe palce, zamglone
d o b r a n o c.
Jutro też jest w końcu dzień.
d z i e ń.
To brzmi jak obietnica skąpanego w zimowym słońcu uśmiechu,
który nie gaśnie i nie blaknie.

Puste ulice drgnień lawiny
wciąż przyciągają wzrok
pusty
malując obrazy niepewne
na zmęczonych powiekach.
Ileż lat minie zanim ulice wygasną?
Ileż snów się przyśni zanim z nieba spadnie
niewinnie
deszcz

?

[i jeszcze mały dodatek: jako, że ta notka miała być o wydalaniu się, tak dla uwieńczenia tematu dodam, że mam pełny pęcherz....]

1 comment:

Anonymous said...

ten dodatek byl dooobry;p:*